Rozmowa z Bożeną M. Dołęgowską-Wysocką
Fenicjanie.pl: - W jaki sposób trafiła Pani do „Gazety Ubezpieczeniowej”?
- Zupełnie przypadkiem. Po studiach na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego zostałam na uczelni, zrobiłam doktorat. Potem zaczęłam pracę w dziennikarstwie. Byłam feministką, publicystką. Miałam różne oblicza, ale zawsze „wyraźne ideologicznie”. Po zmianie ustroju zaczęłam szukać swojej nowej „skóry” i w 1994 roku trafiłam do INFOR, gdzie kompletowano właśnie pierwszy zespół „Gazety Prawnej”. Zaczęłam pracę jako sekretarz redakcji. Musiałam sporo się nauczyć. Byłam chyba niezłą dziennikarką, ale żadną redaktorką. Pierwszy numer pisma, jaki podpisałam do druku, to był właśnie numer „Gazety Prawnej”, wtedy tygodnika. Strasznie się zresztą denerwowałam. Prezes INFOR-u Ryszard Pieńkowski dopiero później dowiedział się, że nigdy w życiu nie byłam w drukarni. Potem, po przejęciu przez INFOR dziennika „Nowa Europa” i przekształceniu go w inny tytuł „Prawo i Gospodarka”, współtworzyłam tam dział prawny. Dziennik następnie został sprzedany, a ja zostałam „bez przydziału”.
Ruszała właśnie reforma emerytalna, zmieniały się zasady systemu emerytalnego, powstawał pierwszy i drugi filar, kasy chorych, otwarte fundusze emerytalne. Prezes Pieńkowski przewidział, że potrzebna będzie wzmożona informacja o ubezpieczeniach. I to mnie postanowił „rzucić” na pierwszą linię frontu. Początkowo narodził się miesięcznik pt. „Nowe Ubezpieczenia”. Musiałam nauczyć się wszystkiego na temat ubezpieczeń. Pierwszy numer pisma ukazał się w listopadzie 1998 roku. Już po ok. półtora miesiąca liczba prenumeratorów wynosiła ponad 60 tysięcy. To było niesamowite! Stąd właśnie prezes INFOR postanowił wydać tygodnik i była to właśnie „Gazeta Ubezpieczeniowa”, która pojawiła się w kioskach na początku lutego 1999 r.
Nakład rósł lawinowo, sto, dwieście tysięcy. Musieliśmy błyskawicznie kompletować zespół, a nie było wielu dziennikarzy ubezpieczeniowych. Mieliśmy jednak wsparcie całego INFOR-u. Sytuacja była wyjątkowa, nie było tak naprawdę rynkowego pisma o ubezpieczeniach. Poza nami liczyła się tylko Asekuracja Bre. Były też „Wiadomości Ubezpieczeniowe”, wydawane przez PZU. W tej specyficznej sytuacji musiałam się jakoś odnaleźć, nauczyć się wszystkiego, poznać ludzi, środowisko. Tematy tekstów narzucała sama reforma, ciągle coś się działo. Na samym początku „Gazeta Ubezpieczeniowa” była zdominowana przez I filar, czyli ZUS, zasady wypełniania ich druków. Nikt nie wiedział, jak to robić. INFOR organizował też szkolenia na takie tematy. Na początku gazeta była więc głównie „pierwszofilarowa”. Potem sytuacja zaczęła się stabilizować. Księgowe nauczyły się wypełniać druki zusowskie, pracownicy wybrali fundusze emerytalne.
Po kilku miesiącach taka formuła pisma zaczęła się wyczerpywać. Zapotrzebowanie na tego typu informację już się skończyło. W 1999 roku mieliśmy 150, 200, a nawet 300 tys. nakładu. To była jednorazowa przygoda, zupełnie nie do powtórzenia. Przecież zwykły obywatel nie czyta, „co nowego w ubezpieczeniach”. Agent ubezpieczeniowy – owszem. Ludzie interesują się ubezpieczeniami sporadycznie – gdy muszą, bo kupili nowy samochód lub kończy się stara polisa OC, lub gdy na przykład komuś urodzi się wnuczka, to kupuje polisę posagową. Tak naprawdę tylko środowisko jest zainteresowane konkurencją, nowymi produktami, postępem technologicznym, itd. Dlatego zaczęłam przekształcać gazetę w pismo środowisk ubezpieczeniowych, potem też finansowych. Nakład zaczął oczywiście spadać. Klienci przypadkowi odchodzili, zostawali ludzie z branży.
Jednocześnie polityka cenowa była taka, że kilkakrotnie podnoszono cenę „Gazety Ubezpieczeniowej”. Mam wrażenie, że cały potencjał INFOR-u poszedł w rozwój „Gazety Prawnej”, która przekształciła się w międzyczasie w dziennik, podczas gdy „Gazeta Ubezpieczeniowa” drożała, i, przekształcając się w pismo branżowe, zmniejszała nakład.
W 2000 roku zaistniał kryzys na rynku ubezpieczeń. Liczba agentów, akwizytorów zaczęła się zmniejszać, sprzedawano o wiele mniej ubezpieczeń życiowych. Branża, po początkowym okresie euforii związanej głównie z reformą, zaczęła robić oszczędności. Wszystko wskazywało na to, że taka gazeta, to nie jest żaden biznes. W roku 2001 nie było lepiej. W 2002 roku przejęłam „Gazetę Ubezpieczeniową” w dzierżawę od INFOR-u. W tej sytuacji musiałam się wiele nauczyć, tym razem – prowadzenia firmy. Dwa lata temu, dzięki życzliwości prezesa Pieńkowskiego, wykupiłam „Gazetę Ubezpieczeniową” i od tego czasu w całości należy do mnie.
- Jak w ostatnim czasie zmieniła się „Gazeta Ubezpieczeniowa”?
To, co naprawdę rozwinęłam i co jest rzeczywiście dziełem moim i kolegów, a nie INFOR-u, to jest nasz portal. To była zasadnicza decyzja. Około trzy lata temu zrozumiałam, widząc, jak rozwija się Internet, że bez dobrej strony internetowej nie ma przyszłości. Od 2,5 roku mamy portal www.gu.com.pl. Zaczynaliśmy od 200 wejść dziennie, teraz jest to ponad 3000 dziennie. To jest bardzo dobry, obiecujący rezultat dla portalu specjalistycznego, na który wchodzi bardzo wąska, wyspecjalizowana grupa ludzi. Powołałam odrębną redakcję internetową. Nasz portal jest redagowany jako dziennik, na żywo, w przypadku wyjątkowych wydarzeń wrzucamy nań newsy nawet w niedziele. W związku z rozwojem portalu zmieniła się sama „Gazeta Ubezpieczeniowa”. W pierwszej części wydania papierowego publikujemy podsumowanie newsów z portalu z całego tygodnia dla osób, które nie mają czasu śledzić ich codziennie. Natomiast w portalu udostępniamy artykuły z gazety po około miesiącu. Są dostępne w archiwum za darmo. Całe nasze archiwum w internecie to 20 tysięcy tekstów. Raj dla historyka ubezpieczeń w Polsce.
- Jak widzi Pani „Gazetę Ubezpieczeniową” i portal za trzy lata?
- Jeszcze nie myślę o tym, co będzie za trzy lata. Myślę o tym, co będzie za rok. Za trochę więcej, niż rok będziemy obchodzić dziesięciolecie „Gazety Ubezpieczeniowej”. To będzie dobry moment do podsumowania. Pewnie zrobimy wtedy dużą galę. Od 6 lat organizujemy imprezę, powiązaną z przyznawaniem tytułu Człowiek Roku Ubezpieczeń. Laureat dostaje portret naturalnej wielkości, malowany olejem. Być może więc zdecydujemy się nadać tytuł Człowieka Dziesięciolecia Ubezpieczeń. Istnieje już kapituła, tworzona przez laureatów tytułu Człowieka Roku. Obecnie jest to sześć osób licząc w tym mnie, jako przewodniczącą kapituły.
- Co potem?
Nie wiem. Z wykształcenia jestem historykiem prasy. Myślę, że za jakiś czas prasy specjalistycznej w formie papierowej już nie będzie. Będą specjalistyczne portale z newsami przychodzącymi na komórkę. Ludzie starszej daty wciąż lubią szelest papieru, lubią poczytać w wannie czy w łóżku – ja też tak czytam np. „Politykę” czy książki – ale ludzie młodzi nie mają już tego nawyku. Być może pisma specjalistyczne ewoluują w kierunku „wizytówek” branży, będą wydawane na lepszym papierze, będą zamieszczały wywiady z ludźmi na kluczowych stanowiskach. Ale z całą pewnością bieżąca informacja i poradnictwo będą dostarczane przez Internet. Tygodniki są już zbyt wolne. Będą coraz droższe, zresztą papier już jest droższy, bo ubywa lasów. To moja wizja tego, co będzie za 20-30 lat.
- A co poza pracą?
- Kto wie, może za jakiś czas sprzedam gazetę i wrócę do tego, co mnie naprawdę pasjonuje, czyli sztuki? Bowiem dawno, dawno temu skończyłam liceum plastyczne. Teraz szykuję moją pierwszą wystawę fotografii artystycznej. Na gali nadania tytułu Człowieka Roku, w styczniu, będą też moje zdjęcia. Zdobię szkło artystyczne. Zapisuję się właśnie do letniej szkoły pisania ikon w Bielsku Podlaskim. Piszę dzienniki, wydaję książki. Dwie książki napisałam sama. Mam mnóstwo zainteresowań społeczno-artystycznych. Angażuję się w rozbudowę szpitala dla dzieci niepełnosprawnych w Busku-Zdroju, jestem sponsorem medialnym.
- Jak znajduje Pani na to wszystko czas?
- Mój mąż też się dziwi. Po pierwsze, jestem dobrze zorganizowana. Po drugie, w „Gazecie Ubezpieczeniowej” mam dobry zespół ludzi, którzy wiedzą, co robić. A poza tym, jeśli się kocha to, co się robi, to robi się to z przyjemnością. Mnie pomaga mnóstwo ludzi w tym, co robię.
- Polubiła Pani też ubezpieczenia?
- Przemawia do mnie idea troszczenia się o ludzi, którzy znajdują się w trudnej sytuacji. Pochodzę z rodziny górniczej. Jest w ubezpieczeniach dużo elementów, które pasują do mojej duszy. Poza tym, ludzie są wszędzie ludźmi. Branża ubezpieczeniowa to nie tylko produkty ubezpieczeniowe. Lubię spotykać się z ludźmi, rozmawiać z nimi. Jest wiele osób ze środowiska, które rozwijają swoje pasje. Na przykład kilku prezesów robi świetne zdjęcia, ktoś był reżyserem, ktoś dziennikarzem. Po spotkaniu z taką osobą zostaje nie tylko to, co publikuję w gazecie, ale zostaje wrażenie po spotkaniu z konkretnym człowiekiem.
- Od lat śledzi Pani rynek ubezpieczeń. Jakie są stowarzyszenia agentów, pośredników finansowych?
- Najważniejsza obecnie jest Polska Izba Pośredników Ubezpieczeniowych i Finansowych. Właśnie obchodziła pięciolecie. Z Izbą liczą się prezesi towarzystw ubezpieczeniowych. Organizuje szkolenia MDRT czyli najlepszych agentów na świecie. Także ludzie od windykacji próbują się aktywizować i konsolidować. Sporo w tym zamieszania na rynku. Postaram się pomóc, tak jak pomogłam na starcie PIPUiF.